Opowiedz nam proszę o sobie – jakie są Twoje pasje i czym zajmujesz się na co dzień? 

-Nazywam się Julia Chomska i jestem rodowita gorzowianką. Jestem psychologiem sportu, trenerem umiejętności mentalnych oraz specjalistką I i II stopnia terapii Biofeedback EEG. Uwielbiam gotować, jednak w mojej kuchni nie znajdziecie niczego zawierającego pszenicę ani cukier. Lubię podróżować i spędzać czas z przyjaciółmi oraz rodziną. Żyję bardzo aktywnie.  

Żużel, z uwagi na Twojego tatę, musiał być obecny w Twoim życiu od zawsze. Czy w dzieciństwie interesowałaś się tym sportem? 

-Żużel pojawił się w moim życiu naturalnie. Nie pamiętam kiedy byłam pierwszy raz na stadionie, ale na pewno byłam malutka. W późniejszych latach spędzałam na stadionie wiele czasu. Nie tylko na meczach, ale i na treningach. Od początku pokochałam ten sport i nie wyobrażałam sobie, żebym miała opuścić jakiekolwiek spotkanie. Zawodnicy bywali u nas w domu – znałam ich dobrze, więc nigdy nie zbierałam autografów, ale słodycze od nich przyjmowałam bardzo chętnie. Te najlepsze przywoził Hans Nielsen z Dani, nie mogłam się doczekać tych rarytasów.   

Jak często pojawiałaś się kiedyś na zawodach i czy spędzałaś je raczej na trybunach czy wśród zawodników w parku maszyn? 

-Zawsze robiłam wszystko, by być na każdym meczu Stali i zawsze siedziałam przy wyjeździe z parku maszyn. Tak z resztą jest do dzisiaj. Kiedyś nie było aż takich obostrzeń jeśli chodzi o przebywanie w parku maszyn ale nigdy podczas zawodów się po nim nie kręciłam – wiedziałam, że nie wolno tego robić. Ale przed czy po zawodach biegałam po parkingu i lepiłam wianki z mleczy, które były oczywiście w nagrodę dla zawodników. Było z tym wiele śmiechu.  

Czy jest coś, czego nauczyło Cię życie z ojcem-trenerem? 

-Na pewno tego, że trzeba mieć grubą skórę. Wielokrotnie słyszałam wyzwiska na swój czy taty temat, szczególnie jak tata zaczął pracować w Pile. Nauczyłam się też, że za porażkę rozliczany jest właśnie trener podobnie jak i psycholog sportu. Już teraz dzielimy ten los razem. Było to dla mnie ciężkie i niezrozumiałe, bo widziałam ile godzin tata spędza na treningach. Z pozytywnych rzeczy – od dziecka widziałam, jakimi profesjonalistami otacza się mój tata w swojej pracy i zrozumiałam, że w pojedynkę nie odniesie się sukcesu. Dlatego sama wspomagam się specjalistami w wielu dziedzinach i sama się kształcę, by jak najlepiej zrozumieć mechanizmy kierujące zawodnikiem podczas gotowości startowej.  

Jak wyglądają wakacje z osobą pracującą w żużlu jak Twój tata? Czy mieliście szansę na oderwanie go od żużlowych obowiązków? 

-Niestety w żużlu nie ma czegoś takiego jak wakacje. Od dziecka jeździłam na kolonie i byłam jedynym dzieckiem, do którego, o ile przyjechali rodzice, to w sobotę. Choć odwiedziny były zawsze w niedziele, ale wiadomo, wtedy tata miał mecz. Nie zapominajmy też, że jako rodzina nie mamy wspólnych świąt Wielkanocnych, bo wówczas też jest mecz. Do tej pory gdy pojawia się terminarz, pierwsze co sprawdzam to gdzie tata ma mecz w Lany Poniedziałek. Właściwie każda uroczystość rodzinna jest ustalana z terminarzem – ślub, komunia, rocznice. Musimy być bardzo zorganizowaną rodziną, bo tego czasu jest naprawdę jak na lekarstwo. Dlatego od dziecka jak tylko mogłam starałam się spędzać czas z tatą choćby na zawodach, treningach czy różnych wyjazdach. Same siedzenie na trybunach i obserwowanie go w pracy to było dla mnie coś. Dzięki temu nauczyłam się też cierpliwości, bo tata jest ostatnią osobą, która opuszcza stadion.   

Co skłoniło Cię do związania się z psychologią? Czy doświadczenia z dzieciństwa popchnęły Cię w stronę żużla, czy może raczej przysporzyły Ci wątpliwości? 

-Tata od dawna wprowadzał psychologów sportu do swojej pracy. Często się z nimi konsultował. Kilku z nich poznałam i bardzo zainteresowała mnie taka praca. Idąc na studia doskonale wiedziałam, ze chcę postawić na psychologie sportu i to tą najbardziej nowoczesną. Aktualnie mam zawodników i zawodniczki z wielu dyscyplin sportu, ale to w żużlu bez wątpienia czuję się jak ryba w wodzie. Na bazie obserwacji i „szkoły żużla”, jaką dostałam od dziecka, mam swój autorski program pracy z żużlowcami, który udoskonalam każdego roku. 

Co jest najtrudniejsze w pracy z żużlowcami? 

-Żużel to specyficzny sport. Ciężko chłopaków zebrać razem w jednym terminie, by mogli pobyć ze sobą. Nie znam innej dyscypliny drużynowej, która miałaby taki problem. To wiele utrudnia psychologowi sportu. Na szczęście przed sezonem 2016 udało nam się zintegrować chłopaków na obozie i na tych fundamentach budowaliśmy siłę drużyny, która finalnie została Mistrzem Polski. Bardzo poważnym aspektem jest sprzęt, do którego zawodnicy przykładają bardzo duża wagę i nie zauważają, że problem często tkwi w nich samych, a nie w silnikach. A już najgorszy z możliwych przykładów to bez wątpienia kontuzje i presja czasu, w jakiej żyje żużlowiec. Każdy upadek niesie za sobą jakiś uraz, którego nie ma czasu wyleczyć.  

A jaki jest największy pozytyw, Twój ulubiony element pracy? 

-Na pewno każdy wygrany bieg, mecz czy podium mojej drużyny czy mojego zawodnika to ogromna radość. Coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze. Fajne też jest, gdy wprowadzam jakieś ćwiczenia i dostaję od zawodników pozytywną odpowiedź zwrotną i widzę, że dobrze się bawią przy zadaniach, które im proponuję. Miłym akcentem są kwiaty z podium – wiadomo, jestem kobietą, takie gesty sprawiają, że wiem, że jestem doceniana w mojej pracy.  

Czy do spotkań żużlowych podchodzisz z czysto profesjonalnym nastawieniem czy może jednak zdarza Ci się oddać emocjom? 

-Emocje bardzo we mnie buzują. Przed finałem nie przespałam ani sekundy, to samo jest przed Grand Prix. Wtedy często gotuje – to mnie uspokaja. Ale już na stadionie nigdy nie widać po mnie zdenerwowania. Już się utarło stwierdzenie, że cały negatywny stres odbieram zawodnikom, dlatego im jest łatwiej funkcjonować, a ja sobie z nim poradzę. W kontaktach z chłopakami zarażam optymizmem, bo jest to im potrzebne. Często ich rozśmieszam i tonuję emocje. Na meczu czy zawodach indywidualnych bardzo kibicuję swoim zawodnikom. Często tracę głos. Po finałowym meczu nie mówiłam przez 3 tygodnie (śmiech).   

Jaki jest Twój ulubiony moment w roku? Sezon, posezonowy odpoczynek czy może nawet w zimę masz ręce pełne roboty? 

-Gdybym dostała te pytanie po ostatnim meczu, bez wątpienia powiedziałbym, że czas po sezonie. Teraz jednak mamy styczeń i już nie mogę doczekać się tegorocznego sezonu. Właśnie rozpoczynam pracę indywidualna z poszczególnymi zawodnikami i wiemy, że ani się nie obejrzymy a już będą pierwsze sparingi. Ten sezon przygotowawczy jest niby spokojny, ale już bardzo aktywny pod względem zawodowym. Ale jak każdy nie mogę doczekać się pierwszego meczu! 

Czy czujesz się fanką Stali Gorzów? 

-Bez wątpienia tak. Urodziłam się w Gorzowie i nie wyobrażam sobie tego miasta bez żużla. Wiele jeżdżę po innych miastach i wiem, że takie wsparcie, jakie dają kibice gorzowscy swoim zawodnikom zarówno na Jancarzu jak i na meczach wyjazdowych, jest nie do opisania. I za to chciałabym bardzo podziękować.  

  

 

Udostępnij