Trenerze, przed nami bardzo trudny mecz z Real-Astromalem Leszno. Czy według Pana drużyna jest przygotowana na to spotkanie?

Dariusz Molski: – Na to, czym dysponujemy na dziś, a więc materiałem ludzkim, to na pewno tak. Aczkolwiek trochę nam się pozmieniało. Musieliśmy przerzucać nasze główne siły, priorytety w inne miejsca, po to, żeby gra zaczęła funkcjonować. Zobaczymy w sobotę, jest egzamin! Zobaczymy czy i jak udało się to poskładać.

 

Jak prezentuje się sytuacja kadrowa?

– Nieciekawie… Nie mamy Droździka, nie mamy Starzyńskiego, nie mamy Śramkiewicza, nie mamy Gałata, Krzyśka Nowickiego… Resztę jako-tako mamy.

 

Dopuszcza Pan inną możliwość niż zwycięstwo w tym spotkaniu?

– Gdybym dopuszczał, to rzuciłbym ręcznik i się poddał. Będziemy walczyć tym, co mamy. Takie są warunki, takie nas zastały i podejmujemy walkę do upadłego.

 

Jakie są według Pana główne atuty drużyny z Leszna?

– Przede wszystkim zespołowość. To jest drużyna, która ze sobą jest praktycznie 5-6 lat. W tym roku w zasadzie jedna – no dwie, ale jedna istotna osoba – doszła. Bardzo mocno i dobrze się wkomponowała w ten zespół. Mają szereg armat na każdej pozycji. To jest kawał chłopów. Betonowy atak, atomowa obrona, czy tam odwrotnie (śmiech). Tak to wygląda.

 

Ale z drugiej strony to chyba również wiekowa drużyna, patrząc na zawodników. 30 lat i więcej, szczególnie znany Misiaczek…

– Przypomnę tylko, że reprezentant Francji, Thierry Omeyer, lata na bramce – jeżeli nie jest najlepszym, to jednym z najlepszych bramkarzy świata. Wiek 30-34 lata dla piłkarza ręcznego… to on dopiero zbliża się do optymalnej formy. Na fizyce na pewno nie tracą, bo to naprawdę jest optymalny wiek. W zasadzie na świecie najwięcej znaczących zawodników jest w tym przedziale wiekowym. Wszyscy dążą, by takiego zawodnika dochować się, bo doświadczenie, jakie ma, w pełni gwarantuje wysoką jakość grania.

 

W tamtym roku padł rezultat 17:16 w naszym meczu, łokcie szły w ruch. Spodziewa się pan podobnego meczu?

– Oczywiście, że tak. To jest twarda drużyna, a piłka ręczna to jest sport mocno kontaktowy i czasami gdzieś się komuś coś wysmyknie. Odczuliśmy to w ostatnim meczu, gdzie nieszczęśliwie straciłem zawodnika.

 

Jest jakaś szansa, że któryś z wymienionych zawodników zagra w sobotę?

– Bartek jest po badaniach i po pierwszej wizycie u naszego gorzowskiego fizjoterapeuty, Konrada Wieczorka. Po tej wizycie rokowania są dużo lepsze, Bartek czuje się lepiej. Szkoda, że nie możemy z nim współpracować na co dzień, choć staramy się, żeby tak było. Niestety, nie wiemy, ile potrwa ta przerwa. Nic nie mogę powiedzieć. To jest tylko ciało i regeneracja. Pierwsza diagnoza była fatalna. Czy Bartek zagra? Nie mogę nic obiecać. „Tadzik” Droździk ma kłopoty z achillesami, oboma, ma na nich stan zapalny. To jest problem raczej długotrwałej rekonwalescencji, jednak jak znam życie, to mimo że nie trenuje, to tak jak z Zieloną Górą – wystąpi. Natomiast, im więcej nie trenuje, tym jego dyspozycja sportowa jest coraz słabsza i to z tym należy się liczyć. A dodatkowo ma utrudnione swobodne poruszanie się przez jego dolegliwość. Darek Śramkiewicz na pewno nie wyjdzie, bo ma otwartą i pękniętą kość jarzmową, to jest kontuzja długotrwała. Krzysztof Nowicki zaczął się ruszać, ale po swojemu. Na razie wygląda to jak ruszanie się misia w miodzie. A Marcin Gałat ma problem z plecami i nie wiem, czy dojdzie do siebie do czasu meczu. Czy nasz fizjoterapeuta go doprowadzi do porządku? Nie mam zielonego pojęcia.

 

Czy według Pana z jednej strony słabość Stali w postaci wielu kontuzji, to nie jest zarazem atut Stali? Przecież na pewno Real-Astromal przygotowuje się pod najlepszych zawodników Stali…

– Nie użyłbym tu słowa „słabość”. Szczupła kadra meczowa i zawodnicza. Każdy, kto wchodzi na boisko, chce dać z siebie wszystko. Czy nas jest 12, 16, czy 30, na boisku i tak jest 7. Pewnie, że jest to mniejsze pole manewru i gdzieś w trudnych, ekstremalnych momentach, gdzie chcemy zagrać agresywnie, to może odbić się na naszym zdrowiu. Ale to martwić się będziemy, co zrobić w trakcie meczu. Bierzemy to także pod uwagę, że będziemy mieli słabsze momenty. Kalkulujemy, wliczamy to. Chcemy tym spotkaniem posterować, jak meczem z Zieloną Górą. W derbach daliśmy im się wyszumieć, wiedzieliśmy, że na nas napadną, będą mocno naciskać i tak grali, było wszystko ok. Z czasem jednak to my przejmowaliśmy inicjatywę. Spróbujemy to powtórzyć i posterować tym meczem. Jeśli to się uda, to to będzie mistrzostwo świata, jeśli nie… nie zabijemy się, ale będziemy walczyć do końca.

 

Co może pomóc? Doping?

– Oj, na pewno tak! I to doping od początku do końca! Takiego dopingu momentami jak w Gorzowie to nie ma nigdzie, nawet na parkietach ekstraligowych trudno się go dosłuchać czy dopatrzeć. Stały doping coraz szerszej rzeszy publiczności – dodaje nam skrzydeł i w tych najtrudniejszych momentach jest najbardziej potrzebny. Bo wtedy kiedy idzie to jeszcze jakoś tam jest, gra się na fali dobrej poprzedniej akcji. Ale gdy nie idzie, kiedy z dwa trzy razy damy jakiegoś „babola”, kiedy jest ciężko, wtedy jest potrzebna ta pomoc. Żeby nas zmobilizować, obudzić. Doping w takich momentach, to klepnięcie w plecy przez publiczność i powiedzenie „Nic się nie stało, grajcie dalej”.

 

Jak bardzo trudny będzie ten mecz?

– Chyba najtrudniejszy. Ja się może nie tyle obawiam tego meczu, ale zdaję sobie sprawę, że Leszno jest tak mocne, jak nigdy dotąd, a my mamy swoje słabości. Mamy z czym walczyć: po pierwsze z kim, czyli przeciwnikiem, a po drugie ze swoimi słabościami.

 

Cel?

– Zwycięstwo. Nic innego nie bierzemy pod uwagę. I to nie dlatego, że jesteśmy butni czy nie widzimy nic poza czubkiem własnego nosa. Tylko właśnie dlatego, że przychodzą tacy kibice, właśnie dlatego, że chcemy mieć kontakt z czołówką, właśnie dlatego, żeby pokazywać, że jesteśmy cały czas drużyną liczącą się w tej lidze.

Udostępnij